poniedziałek, 25 czerwca 2012

Latyfundia, dzień 3

Dzisiejszy dzień był ciężki.  Powoli zaczynam się coraz lepiej zapoznawać z strukturą pracy oraz ludźmi, z jakimi przyjdzie mi się zmagać. Okazuje się, że nie dołączy do nas brat Daniela i Piotra. Będę więc wraz z nim dzielić livingroom. Obecnie najbardziej przeraża mnie fakt, iż nie wyrobię się w normie. A jeśli ktoś nie wyrabia się z normą 2 skrzynek na godzinę, zbiera nieodpowiednie owoce, źle je sortuje, wrzuca za mało albo za dużo, zbiera niedokładnie itd., itp. Dostaje ostrzeżenie. Po 3 zostaje się zwolnionym. Dziś był mój pierwszy dzień. I nie wyrobiłam normy. Zabrakły mi 3 skrzynki, czyli bardzo dużo. Pierwszy dzień, gdy człowiek się wdraża, jest łagodniej oceniany. Jutro kończy się taryfa ulgowa. A jest bardzo wiele rzeczy, o które należy dbać. Każdy rządek, każda skrzynka jest dokładnie sprawdzana. Jeśli znajdują się na niej owoce nieposortowane na ciemno różowe i jasnoróżowe, mają sok na wierzchu (pojawia się on przy zrywaniu, czy też zerwie się niekompletna, bo zabraknie jeden bąbelek) , zostaje się wezwanym do tzw. czek Pojntu, gdzie Ranerzy zanoszą fortres (czyli skrzynki), dostaje się redżekta i należy „poprawić” fortres. W każdej skrzynce mieści się 10 paletek, do których należy włożyć dokładnie 180 gram. Ponadto, trzeba uważać, aby nie miały zbyt dużych bąbelków, nie były zbyt ciemne, zbyt twarde, zbyt miękkie. Nie wspominając już o magicznym systemie, w jaki zbiera się maliny.  Dziś zaczęłam od najgorszego miejsca- legro. Folia o rozpiętości koło czterech metrów nad krzakami tworzy tunele. W każdym tunelu są 3 rządki. Zbiera w nim 6 osób. Należy przy tym pamiętać, iż przy przejściu dla Ranerów, które dzieli rządek na trzy części, należy zmienić stronę i np. z legro (to najgorszy, tuż przy ścianie folii rząd, gdzie maliny wzbijają się wysoko i bardzo ciężko jest je dosięgnąć, nie wspominając o uczuciu klaustrofobii, jakie człowieka ogarnia w małym, ciasnym przejściu. Zacznijmy jednak od początku. O 6.30 mieliśmy znaleźć się na miejscu, które najbardziej przypomina mi wysypisko  samochodowe. Tam podjeżdża stary, zdezelowany autobus, który najlepsze swoje lata odsłużył już w liniach podmiejskich. Rozpoczyna się wyścig. Pierwsi szczęśliwcy zajmą miejsca siedzące. Kierowca Rumun bawiąc się świetnie klaksonem zamykaniem oraz otwieraniem drzwi, w końcu wpuszcza wszystkich. Ruszamy. Jedziemy około 15 minut krętymi, wijącymi się raz w górę, raz w dół, angielskimi uliczkami pomiędzy ślicznymi ceglanymi domkami. W końcu docieramy na mniej zamieszkane tereny. U podnóża wzgórza autobus się zatrzymuje. Po raz kolejny rozpoczyna się wyścig z czasem. W kaloszach po kolana,z torbą zsuwającą się z ramienia, mozolnie pniemy się czym prędzej w górę. Po około 500 m docieramy do miejsca, gdzie leżą porozrzucane metalowe wózki najbardziej przypominające taczki. Są jednak większe i mają dwa metalowe piętra. Łapię pierwszą lepsza z brzegu. Okazuje się strasznie ciężka, koło zaś skrzypi i przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę. Teraz nadchodzi najgorszy etap. Znowu trzeba wspinać się w górę w niewygodnych butach, pchając cholernie ciężkie, skrzypiace ustrojstwo. Tu również liczy się czas. Gdy zdyszana docieram do mniej więcej równego terenu pokrytego olbrzymią ilością tuneli, podążając za tłumem, biegną po skrzynki i paletki. Zabieram cztery, po czym rozkładam na nich po 10 paletek. Jako, iż był to nasz pierwszy dzień, musieliśmy czekać na lidera. W tym czasie starzy wyjadacze szybko namierzyli najlepsze rządki i zajęli pozycję. Nasz lider nazywa się Marta G. i jest wyjątkowo sumienną osobą (słynie z rozdawania lekką ręką łormingów, o czym poinformował mnie rozbawiony Olivier). Czekamy. Równo o 7 rozlega się głośny krzyk start, Ludzie rzucają się do pracy. Zaczynam zbierać, chociaż nie mam pojęcia, jak.  Po ok. 10 metrach przyszedł do mnie Rumun, absolutnie nie wyglądający na Rumuna i zaczął mi po angielsku tłumaczyć co i jak. Wszędzie wokół rozlegają się okrzyki ‘legro’ ‘fortres’. Nie mam pojęcia, co to znaczy, a przyciśnięta do folii nie bardzo mam kogo spytać. Po 2h i 15 min nadchodzi pierwsza, 15min przerwa. Szybko dopadam Daniela i pytam, co znaczą te okrzyki. Idziemy  w dół do zadaszonego miejsca, gdzie rzuciliśmy torby (nie można nic ze sobą wziąć na pole. Ani jedzenia, ani picia, nawet zegarka, czy chociażby kolczyków. Nie można również mieć własnych plastrów, czy rękawiczek. Można co najwyżej pójść do czek pojntu i poprosić o niebieski plaster). Wcinam zasmucona ilością rzeczy do opanowania swoja bułkę, która po dwóch dniach jest tak samo miękka, jak zaraz po kupieniu. Po powrocie czeka mnie niemiła niespodzianka- jedna z moich skrzynek uzyskała status redżektet i musiałam udać się do czek pojntu i ją poprawić. Na szczęście, z tych mizernych 8, tylko pierwsza została odrzucona. Wracam do rządka i widzę, czy też raczej słyszę, iż jestem daleko w tyle za innymi. Martwi mnie to, ale nic nie mogę na to poradzić. Dopiero, gdy nadeszła zmiana stron moja sytuacja nieco się polepszyła. Cały czas rozlegają się śmiechy, gwizdy i pokrzykiwania Rumunów. W naszej grupie (czy też raczej gangu, jak tu się zwykło mawiać) jesteśmy jedynymi Polakami. Uściślając, liczymy jakieś 60 osób. Starzy wyżeracze wzięli nas na celownik i w związku z tym po kolejnej przerwie po równych 2h 15 min dołączają do nas, gdyż w związku z tym, iż poruszamy się niezbyt szybko, jesteśmy łatwym  celem do wejścia i „pomocy” w dozbieraniu poszczególnej strony. Do domu wróciłam 16.40 i byłam wykończona. Nogi bolały od bezustannego biegania, a plecy oraz mięśnie, które związane są z rozciąganiem, również. Należy bowiem wspomnieć, iż krzaki malin osiągają 2m wysokości a przy moim wzroście karła muszę wspinać się i połową ciała wchodzić w krzak. W dłoniach tkwi masa kolców. Wiem jednak, iż tkwią zbyt głęboko, by nawet próbować je wyciągać. Ignoruję je więc. Mam też nieco poharatane dłonie, ale zbytnie mi to nie przeszkadza. Jutro znowu startujemy o 6.30. Niestety, mamy zostać na polu dłużej, co mnie martwi, bowiem nie mam już co jeść, a do najbliższego sklepu są 4 km. Po nierównym terenie oczywiście. Tych wzgórz i wzniesień nie ma co porównywać nawet z polskimi. Potrafią drogi piąć się niemal pionowo w górę. A patrząc po tym, jak wykończona jestem po dzisiejszym dniu, ciężkimi nawet sobie wyobrazić, że miałabym pokonać tę drogę. Prędzej będę głodować. Minął dopiero pierwszy dzień pracy, a ja już modlę się o dej off.
Mała uwaga- wszelkie nazwy zapisuje po polsku, tak jak one faktycznie brzmią. Z angielskim nie ma to wiele wspólnego i tak jak zauważył Daniel, dobra znajomość angielskiego jest wręcz niemile widziana. Jutro czeka mnie kolejny dzień walki. Strasznie obawiam się, iż nie będę wyrabiać normy, dlatego muszę się spiąć w sobie i jakoś sobie z tym poradzić.
Przyjeżdżając tu najbardziej obawiałam się warunków mieszkaniowych a za pewnik wzięłam, że z pracą sobie poradzę. Teraz mogę zrewidować swoje poglądy i stwierdzić, jak odwrotnie przedstawia się moja sytuacja. Kończę na dziś, jest 22 a rano należy wstać. Dzisiaj nie udało mi się podłączyć do netu, więc notkę wstawię jutro z datą dzisiejsza. O ile, oczywiście, tym razem połączę się z siecią. Dzisiejszy dzień mogę podsumować krótko- było ciężko, a jutro będzie jeszcze ciężej. Jedno szczęście, że przynajmniej deszczu nam angielska pogoda nie zafundowała.
PS. Zbierałam też żółte maliny. Wybryk natury, jeśli mnie pytać o zdanie. Ach i dowiedziałam się, że mój współlokator robie doktorat z biofizyki dotyczący maszyn używanych w medycynie przy zabiegach. Jest to o tyle ciekawe, że patrząc na niego, człowiek nigdy w życiu by się czegoś takiego nie domyślił. A tu proszę, artykuł w czasopiśmie międzynarodowym, praktyki w niemieckim ośrodku badawczym… Tym bardziej zasmucił mnie fakt, iż ktoś o takim poziomie wiedzy, nie posiadający dobrze usytuowanych rodziców, zmuszony jest zamiast rozwijać się intelektualnie i naukowo, pracować na farmie malin. A masa osób w podobnym do niego wieku, którzy ponad wszystko gloryfikują własne przyjemności, może całe wakacje bujać się po europie, ewentualnie „nudzić się” w domu z przyjaciółmi. Cóż, taka już niestety kolej rzeczy na świecie.

niedziela, 24 czerwca 2012

Latyfundia, dzień drugi

Mam już za sobą pierwszą noc i muszę powiedzieć, zaskoczyła mnie. Powiedzieć, że było zimno, to niedopowiedzenie. Było tak koszmarnie lodowato, że mając 3 bluzy na sobie i dwie pary spodni, cała dygotałam. Na tymczasowym przydzielonym mi łóżku leżał koc, jako że mojego tymczasowego współlokatora nie było (pił z Bułgarami) , postanowiłam go użyczyć. Mój bowiem nie zdał się praktycznie na nic w walce z tym zimnem.  Spało się całkiem wygodnie, gdyby nie napady reumatyzmu tak silnego, jak nie zdarzyło mi się mieć nigdy w życiu. Zacisnęłam więc zęby i czekałam, aż będę w stanie poruszać nogą. Po wielu trudach wczoraj udało mi się wyciągnąć z Daniela, gdzie staje i o której autobus zabierający pracowników z różnych farm do Tonbridge na zakupy. Muszę kupić kołdrę. Koniecznie. Nie ważne, ile będzie kosztować, byle byłą gruba i ciepła. To w tej chwili wydaje mi się najważniejszym wydatkiem. Dzisiaj podobno (z racji, że jestem znajomą Daniela), powinnam dowiedzieć się, gdzie będę mieszkać. Nie powiem, miło byłoby się rozpakować i móc normalnie włożyć rzeczy do lodówki, które dzięki dobroci Lavinii (dziewczyna menagera Tomka- brata Daniela, odebrała nas z lotniska, pochodzi z Armenii) kupiłam pierwszego dnia. Szokowały mnie ceny-  wiele było poniżej jednego funta. Ach, no i oczywiście, cały czas pada. Czasem leje, czasem siąpi. W moim obecnym lokum mieszka jeszcze 45 letni Słoweniec. Bardzo miły i mimo, iż mówimy w  dwóch różnych językach w podstawowych sprawach można się dogadać. Dochodzi ósma, dzisiaj podobno mamy podpisać umowę i zapoznać się z podstawowymi sprawami na „Campside”. Muszę przyznać, że przyczepy campingowe są dużo wygodniejsze i przyjemniejsze, niż początkowo sądziłam. Może to dlatego, iż wyobrażałam je sobie naprawdę w niezbyt przychylnym świetle. Gdyby jeszcze nie ten koszmarny chłód. Mam wrażenie, że temperatura cały czas utrzymuje się na tych 13 stopniach. Nie mogę odżałować, iż przez to, że z torby zmuszona byłam pozbyć się 6 kg rzeczy, straciłam trochę ciepłego ubrania. To boli o wiele bardziej niż brak naczyń (btw kupiłam sobie za pół funta miseczkę, ponieważ gdy zauważyłam, iż olbrzymia paka płatków nestle kosztuje niecałe dwa funty, nie mogłam się powstrzymać. Do tego mleko i mam jedzenie na najbliższy czas. Szkoda tylko, że busy do sklepów (tzw. szopingi) odjeżdżają o 12 (ponieważ zazwyczaj tej porze pracujemy, jeśli nie prawie zawsze). Najlepiej więc będzie od razu kupić jedzenie i inne rzeczy na cały tydzień. Do Tonbridge jest jakieś 6 km (4 mile), a podróż z torbą pełną zakupów przez taki odcinek drogi nie należy do przyjemności. Podobnież jeździ też zwykły bus u góry drogi (mieszkamy bowiem na nierównym, dosyć mocno nachylonym ku dolinie, terenie. Niemniej wolałabym z niego nie korzystać. A, i najważniejsze! Woda gazowana po ang znaczy „sparkling water”. O dziwo, nie jestem specjalnie głodna.
W sumie do tej pory najprzyjemniejszą rzeczą była podróż samolotem. Wczoraj udało mi się wyciągnąć więcej szczegółów a propo pracy i okazuje się, iż nie jest to wcale takie proste, jakby mogło się wydawać. Piotr powiedział przed chwilą, że ‘training’ ma zacząć się pomiędzy 13-14. Dowiedziałam się od niego, że być może zostanę tutaj, a może trafię do Rumunek. Obym mogła tu zostać, łóżko (przed którym ostrzegał mnie Słowak Szymon) jest całkiem wygodne, byleby mieć coś ciepłego do przykrycia. Piotr przeraził mnie, że training może trwać nawet 4 godziny. Tak długo, aż będziemy mieć pytania. Oprócz nas wczoraj przyjechało jeszcze jakieś 7 osób. Zastanawiam się, skąd on to wszystko wie. Jest tu od 3 tygodni, a wydaje się doskonale zorientowany w tym, co dzieje się na campie. Nie przypuszczam, abym po takim czasie wiedziała tyle, co on. Przyczepa dziali się na jedynkę, dwójkę (tzw. Małżeńską) oraz livingroom. Niestety, w udziale przypadł mi livingroom, którym jest jedyny piecyk gazowy oraz telewizor. Owocuje to faktem, że zawsze ktoś tu jest. Okazuje się, że na campie jest ok. 30 Polaków z 250 tu przebywających. Większą część stanowią Rumuni i Bułgarzy.  Zwiedziłam już prysznice oraz toalety (wszystko znajduje się w innym miejscu na Campisdzie). Jestem trochę zmęczona, ale nie opłaca już kłaść się spać. Dochodzi dwunasta. Planuję wybrać się dziś na pieszą wędrówkę do Tonbridge. O dziwo, niebo się przejaśniło, więc mam nadzieję, iż taka pogoda pozostanie do wieczora. Muszę absolutnie kupić coś, czym można się przykryć oraz coś, nie będzie się nadawać do zabrania jutro na pole. Wiem już, w jakim miejscu można złapać Internet, ale szczerze powiedziawszy, nie chce mi się tam iść. Niekomfortowo czuję się w sytuacji, gdy nie wiem, gdzie będę mieszkać, bo staram się nie dokonywać zbytniej ekspansji. Z powodu brzydkiej pogody, praca rozpoczyna się ok.7. Trochę późno, jeśli o mnie chodzi. Wolałabym szybciej. Godzina 4 jak najbardziej mi odpowiada. Mam nadzieję, iż po powrocie dowiem się, gdzie mnie przydzielono. Mogę jedynie modlić się o to, abym mogła tu zostać. Trafić do przyczepy, gdzie są same Rumunki… cóż, zbyt wiele nasłuchałam się opowieści, by nie bać się o to, co stanie się z moimi rzeczami tam pozostawionymi. Zwłaszcza, że będę jedyna obca. Dorzucona. O ile teraz, wśród Polaków i sympatycznego Słowaka czuję się w miarę dobrze, o tyle później….
Trainingu nie było. Osoba za niego odpowiedzialna (Marta Garstka, o której Lavinia powiedziała „fucking lazy bitch”) zechciała nam około 4 po południu poświęcić trochę swojego czasu, podpisaliśmy dokumenty i teraz oficjalnie stałam się pracownikiem tutejszej farmy. Ciężar przeszkolenia zrzuciła na Daniela, mimo iż od jego pobytu niektóre rzeczy się zmieniły. Jak dokładnie poznam system, jaki tu panuje, z chęcią go opiszę, ponieważ i tu znaleźć można sporo paradoksów i dziwnych wymagań.
Ach, i zostanę chyba na stałe w moim obecnym lokum. Szefostwo jest zbyt leniwe, aby szukać innego miejsca. Cieszy mnie to niezmiernie. Dostałam nawet dwie małe szufladki. Zmieściły się tam lekarstwa i kosmetyki. Cóż, lepszy rydz, niż nic. Okazało się, że Słoweniec nazywa się Olivier. Większość imion ciągle mi się myli. Bułgarzy bez przerwy mają imprezę, puszczają jakąś swoją odmianę rumuńskiego disco polo, wylegają przed przyczepę, śpiewają, pokrzykują i piją. Mam nadzieję, iż podczas jakiegoś wolnego dnia uda mi się załapać na bus wiozący na szoping. Dzisiaj wybrałam się pieszo to Tounbridge, jednakowoż po ok. 4 km dostrzegłam jakieś Tesco, więc pożegnałam się z myślą o dalszej wędrówce i zrobiłam zakupy. Jeszcze sporo rzeczy mi brakuje (nie mam nawet talerza), ale myślę, że stopniowo uda mi się nadrobić braki. Chyba nie jestem jeszcze psychicznie i mentalnie gotowa na to, aby zrobić sobie 12 km spacerek. Nie, kiedy nalegałam, aby od jutra zacząć pracować. A że rozpogodziło się teraz pod wieczór, to możliwe, iż jutro od 5.30 zaczniemy pracę. Tego jeszcze nie wiadomo. Podobnież info ma być na jakiejś liście, ale póki co nie udało mi się uzyskać jakichś bliższych informacji o miejscu jej przebywania.
O ile w samolocie strasznie tęskniłam za Toruniem (w busie na lotnisko zresztą też), o tyle teraz, przytłoczona nowymi wrażeniami oraz rzeczami, o których musze pamiętać, tęsknota stała się mniej odczuwalna. Internet jest w pomieszczeniu kuchnio- pralni dla wszystkich w jakimś sporym hangarze. Często znika i się resetuje, także not buczek zmuszona jestem przez pół wzgórza targać tu.
Btw, muszę opisać kiedyś później fascynującą historię Marty Garstki, która odnalazła tu na campie miłość swojego życia, Tadeusza, posiadającego żonę i dzieci w Polsce. Ale to inszym razem, ta notka jest już i tak wystarczająco długa.

sobota, 23 czerwca 2012

Latyfundia

Skoro już w końcu stworzyłam bloga, posłuży mi do zapisania i w zasadzie poinformowania najbliższych, cóż tam u mnie się dzieje po przybyciu do Ingland.

Latyfundia, dzień pierwszy.
Anglia to dziwny kraj. Począwszy od wielkich banknotów i monet, poprzez dziwne gniazdka, skończywszy na zimnej, nieprzychylnej pogodzie. Szczerze powiedziawszy, w ostatnim tygodniu poprzedzający przyjazd na latyfundia, odczuwałam głęboką niechęć. Z dala od miejsc, które znam. Ludzi ważnych dla mnie. Gdyby nie faktyczne możliwości zarobkowe nie sądzę, aby cokolwiek  mogło mnie skłonić do samotnego wyjazdu. Gdyby towarzyszyła chociaż jedna bliższa mi osoba… wówczas wrzucenie w zupełnie nową sytuację, nowe tło społeczne nie byłoby tak głęboko odczuwalne. O dziwo, po przyjeździe, gdy dowiedziałam się, że w zasadzie nie wiadomo, gdzie będę mieszkać, ponieważ odpowiedzialna za to osoba gdzieś zniknęła, jakby moje wewnętrzne obawy uspokoiły się.  Teraz siedzę na kanapie w jakimś domku, którego lokalizację ledwie kojarzę, z spakowanymi rzeczami, dostając „tymczasową” najgorszą kanapę, nie czuję się jakoś szczególnie źle. Dam radę. Muszę dać. Postaram się jak najszybciej opanować panujące tu zwyczaje, wtopić się w tło, wyrobić jakiś wizerunek… Teraz żałuję, że nie wzięłam maści na stłuczenia i stany zapalne Taunum. Miała przyjemne działanie rozgrzewające, a tu faktycznie jest zimno. Klimat Anglii to kolejna rzecz, do której należałoby przywyknąć.

sobota, 26 maja 2012

Tyrania chwili

Obecnie żyjemy w świecie bez opóźnień, tempo informacji rozprzestrzenia się natychmiastowo. Katastrofa po drugiej stronie świata jest naszą katastrofą. Wydarzenia polityczne, czy medialne nie mają już zasięgu tylko krajowego. Czas rozumiany jako środek budowania dystansu i bliskości przestał istnieć. XXI wiek to okres „tyranii chwili”. Eriksen słusznie opisał zmianę, jaka dokonała się w pojmowaniu przez ludzi czasu. Niejako kolonizujemy czas- planując, staramy się tak ułożyć szereg zadań, aby potem móc znaleźć „czas dla siebie”. To wiąże się z jarzmem pośpiechu. A jak powszechnie wiadomo, szybkość jest matką uproszczeń- nie da się przeczytać książki szybko i bardzo precyzyjnie. Bezpośrednim skutkiem tego procesu jest pogorszeni jakości. Jesteśmy zewsząd bombardowani gigantycznymi ilościami informacji, których nigdy nie będziemy w stanie przyswoić i przetworzyć w danej jednostce czasowej. W związku z tym, coraz częściej zmuszeni jesteśmy do manipulacji własnym czasem. Dzielimy go na części, tak aby móc „pomieścić” wszystkie wydarzenia oraz „zdążyć” wypełnić plan dnia. Współcześnie wyjątkowo popularne stały się wszelkiego rodzaju terminarze oraz organizery. Jak bardzo, przekonałam się na pierwszym roku studiów, gdy przypadkiem zajrzałam do terminarza współlokatora i zauważyłam, iż z dbałością zapisał, kiedy oraz o której godzinie powinien się wykapać, czy naładować telefon, nie pozostawiając tego typu czynności przypadkowi. Zanotował również informacje, dotyczące przewidywanej daty zamówienia pizzy czy udania się do pierogarni.  Był dla mnie żywym dowodem na to, iż oświeceniowy mit wiedza=wolność współcześnie działa jako nierówność- im mniej wiemy, tym więcej czasu możemy przeznaczyć na mniejszą liczbę czynności.
W społeczeństwach azjatyckich, zwłaszcza w Japonii, od dziecka wpaja się pewne wzorce oraz modele organizowania czasu. Na piedestał zostają wyniesione wartości takie jak nauka, czy praca. Powstał zupełnie nowy problem w relacjach międzyludzkich- małżeństwa zawierane w młodym wieku, w skutek przebywania jednego z współmałżonków praktycznie codziennie po kilkanaście godzin w miejscu pracy sprawił, iż w momencie przejścia na emeryturę, styka się ze sobą dwójka, zupełnie obcych sobie ludzi. 

Nasuwa się pytanie, czy jesteśmy jeszcze w stanie zatrzymać proces kolonizacji czasu, wyrwać się z pod tyranii chwili? Obserwacje, z jakimi stykam się na co dzień, przeczą temu. Najpierw bowiem potrzebne byłyby ogólne chęci ku temu, a wielkie korporacje zatrudniające ogromne ilości pracowników dążą do jak najlepszego ich „wyeksploatowania”. 

sobota, 21 kwietnia 2012

USOS

Usos... dla wielu studentów jest to zaledwie miejsce, gdzie można znaleźć informację o ocenach, czy przyznanych na poszczególny miesiąc stypendiach. Tak jest w przypadku studentów znajdujących się na kierunkach, gdzie panuje odgórny przydział do grup.  W ich przypadku nie dostrzega się zbytnich zmian, jakie wprowadził Usos w relacjach pomiędzy studentami a uczelnią. Zazwyczaj nie poświęcają Usosowi zbyt wielu myśli.

 Inaczej wygląda sytuacja w przypadku studentów, którzy samodzielnie muszą rejestrować się na zajęcia. Te emocje, gdy zostaje otworzona możliwość rejestracji na zajęcia. System jest przeładowany, strony mozolnie, z oporem się ładują. Wybrańcy losu z szybszym łączem mają okazję zapisać się jako pierwsi i pozajmować najbardziej dogodne w grupach miejsca. Reszta w bezsilnej złości może w myślach poganiać swoją przeglądarkę. Ach, ta wola walki! Następne dni są nie mniej emocjonujące. Należy codziennie kilka razy sprawdzać, czy czasem Usos nie wyrzucił nas albo nie przepisał do innej grupy (co niestety dosyć często mu się zdarza), tak jak i zmieniających się w magiczny sposób prowadzących grupy ćwiczeniowe bądź też same godziny ćwiczeń. Jest to jeszcze ważniejszy element gry, niż samo zapisanie, bowiem wielokrotnie pierwotni „wybrańcy losu” nie dopilnowali magicznych zmian systemowych i później z nieskrywanym zdziwieniem odkrywali, iż znaleźli się w zupełnie innej grupie. Później w ciągu trwania roku akademickiego również należy raz na jakiś czas zaglądać, jak tam miewa się nasze konto na usosie i czy jakieś mroczne moce nie wzięły udziału w zapisaniu nas na dodatkowe zajęcia, na które się nie rejestrowaliśmy. Szczególnie dwukierunkowcy narażeni są na palpitacje serca, gdy z trudem ułożony plan w związku z kolejną zmianą systemową sypie się jak domek z kart.

Czytając różne informacje o Usosie, zapomina się często o tym, iż jest to doskonałe źródło informacji. O prowadzonych na instytucie zajęciach, o godzinach, w jakich można spotkać poszczególnych znajomych (służy temu opcja udostępniania planu). Wreszcie, o innych zajęciach prowadzonych przez „ulubionych” wykładowców, na które również można by się zapisać. Dlatego też, gdy mowa o zmianach, jakie wprowadza Usos, oprócz zmian w strukturze instytucjonalno- komunikacyjnej, czy też zmian w praktykach społecznych warto zaznaczyć, iż Usos to przede wszystkim wielka baza danych o wykładowcach, studentach oraz zajęciach. Można z równą łatwością sprawdzić, jak wygląda plan studentów archeologii, czy zarządzania. Ta wiedza gwarantuje niejako odnalezienie się w nowym środowisku. Środowisku uniwersyteckiego systemu obsługi studentów. 



niedziela, 1 kwietnia 2012

Koniec rewolucji?

Zdarzają się w historii hasła, które są w stanie porwać za sobą tłumy. Są takie sytuacje, gdy człowiek nie potrafi milczeć. Wreszcie, istnieją takie dobra, za które ludzie potrafią walczyć. Jak się okazało, "nie dla ACTA" oraz "wolność w sieci" są jednymi z nich. Przyznam szczerze, iż w świetle ostatnich zajęć z socjologii, nie spodziewałam się tak silnego odzewu społeczeństwa. Otóż zgodnie z teorią jakiegoś ważnego socjologą (którego nazwiska nie pamiętam i oczywiście nigdzie nie zanotowałam), obecne społeczeństwo postindustrialne nie jest zdolne do wielkich ruchów emancypacyjnych. Odwołując się do przykładu rewolucji seksualnej w latach 70. dwudziestego wieku, ów naukowiec doszedł do wniosku, iż obecna sytuacja społeczna charakteryzująca się brakiem instytucji, czy też miejsc będących spoiwem relacji międzyludzkich, wydłużony czas dorastania wiążący się z długoletnim pobytem w rodzinnym domu, gdzie poglądy młodzieży są przytłumione przez rodziców oraz ogółem indywidualizacja młodzieży wraz z pogonią za własnym sukcesem skutecznie tłamszą wszelkie przejawy buntu. Warto bowiem zaznaczyć, iż jednostki najbardziej skłonne do podejmowania tego typu inicjatyw to ludzie młodzi, najczęściej mężczyźni pomiędzy 17-27 rokiem życia. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy dokładnie tydzień później na ulice polskich miast wymaszerowało kilkadziesiąt tysięcy ludzi, stanowiąc jawny dowód na nieprawdziwość tejże tezy. Często zdarzyło mi się napotkać w tzw. "uczonych tekstach" pełne zgorszenia tony, jawnie wskazujące na to, jak współczesne zmiany zachodzące w wszelakich aspektach naszego życia mają zgubny wpływ na tradycję, dotychczas gloryfikowane wartości. Upadek, wzdycha wiele osób, upadek moralny, kulturalny i edukacyjny. Patrząc na sytuację w szkołach, czy też tę spotykaną za oknem, na ulicy, często ciężko nie zgodzić się z podobnymi opiniami. Jednakowoż, warto zwrócić również uwagę na to, iż "czasy się zmieniły". Afera wokół ACTA doskonale obrazuje przemianę sfery, w której współczesna młodzież wyraża siebie i swoją aktywność. Z konkretnych, namacalnych miejsc, przeniosła się do wirtualnej rzeczywistości.Co nie zmieniło faktu, iż w sprawach dla siebie ważnych, dalej potrafi wyjść na ulicę i okazać głebokie niezadowolenie, i to w dość, muszę przyznać, cywilizowany sposób. Wiele mówi się o tym, że kultura masowa dokonuje "prania mózgu", wpaja "standardowość", bezrefleksyjność. Po raz kolejny, słysząc takie wypowiedzi, trudno się z nimi nie zgodzić. Warte refleksji wydaje mi się jednak rozważenie kwestii dotyczącej tego, czy obecna sytuacja faktycznie wygląda aż tak tragicznie? Czy nie jest może tak, iż po prostu zmienił się sposób wyrażania siebie, miejsce dzielenia się swoimi poglądami, wzbudzania merytorycznych dyskusji z osobami o odmiennych opiniach?
"Afera" związana z ACTA, prócz swego ekonomicznego podłoża pokazuje, że wciąż istnieją pewne "dobra wspólne", których warto bronić.A owa zgnuśniała młodzież wciąż potrafi walczyć pod hasłem wolności, rozumianej w podobny sposób od czasów rewolucji francuskiej.


Filmiki o podobnej treści wyraźnie wskazują skalę problemu, jak i międzynarodowy charakter sprzeciwu.