Dzisiejszy dzień był ciężki.
Powoli zaczynam się coraz lepiej zapoznawać z strukturą pracy oraz
ludźmi, z jakimi przyjdzie mi się zmagać. Okazuje się, że nie dołączy do nas
brat Daniela i Piotra. Będę więc wraz z nim dzielić livingroom. Obecnie
najbardziej przeraża mnie fakt, iż nie wyrobię się w normie. A jeśli ktoś nie
wyrabia się z normą 2 skrzynek na godzinę, zbiera nieodpowiednie owoce, źle je
sortuje, wrzuca za mało albo za dużo, zbiera niedokładnie itd., itp. Dostaje
ostrzeżenie. Po 3 zostaje się zwolnionym. Dziś był mój pierwszy dzień. I nie
wyrobiłam normy. Zabrakły mi 3 skrzynki, czyli bardzo dużo. Pierwszy dzień, gdy
człowiek się wdraża, jest łagodniej oceniany. Jutro kończy się taryfa ulgowa. A
jest bardzo wiele rzeczy, o które należy dbać. Każdy rządek, każda skrzynka
jest dokładnie sprawdzana. Jeśli znajdują się na niej owoce nieposortowane na
ciemno różowe i jasnoróżowe, mają sok na wierzchu (pojawia się on przy
zrywaniu, czy też zerwie się niekompletna, bo zabraknie jeden bąbelek) ,
zostaje się wezwanym do tzw. czek Pojntu, gdzie Ranerzy zanoszą fortres (czyli
skrzynki), dostaje się redżekta i należy „poprawić” fortres. W każdej skrzynce
mieści się 10 paletek, do których należy włożyć dokładnie 180 gram. Ponadto,
trzeba uważać, aby nie miały zbyt dużych bąbelków, nie były zbyt ciemne, zbyt
twarde, zbyt miękkie. Nie wspominając już o magicznym systemie, w jaki zbiera
się maliny. Dziś zaczęłam od najgorszego
miejsca- legro. Folia o rozpiętości koło czterech metrów nad krzakami tworzy
tunele. W każdym tunelu są 3 rządki. Zbiera w nim 6 osób. Należy przy tym pamiętać,
iż przy przejściu dla Ranerów, które dzieli rządek na trzy części, należy
zmienić stronę i np. z legro (to najgorszy, tuż przy ścianie folii rząd, gdzie
maliny wzbijają się wysoko i bardzo ciężko jest je dosięgnąć, nie wspominając o
uczuciu klaustrofobii, jakie człowieka ogarnia w małym, ciasnym przejściu.
Zacznijmy jednak od początku. O 6.30 mieliśmy znaleźć się na miejscu, które
najbardziej przypomina mi wysypisko
samochodowe. Tam podjeżdża stary, zdezelowany autobus, który najlepsze
swoje lata odsłużył już w liniach podmiejskich. Rozpoczyna się wyścig. Pierwsi
szczęśliwcy zajmą miejsca siedzące. Kierowca Rumun bawiąc się świetnie
klaksonem zamykaniem oraz otwieraniem drzwi, w końcu wpuszcza wszystkich.
Ruszamy. Jedziemy około 15 minut krętymi, wijącymi się raz w górę, raz w dół,
angielskimi uliczkami pomiędzy ślicznymi ceglanymi domkami. W końcu docieramy
na mniej zamieszkane tereny. U podnóża wzgórza autobus się zatrzymuje. Po raz
kolejny rozpoczyna się wyścig z czasem. W kaloszach po kolana,z torbą zsuwającą
się z ramienia, mozolnie pniemy się czym prędzej w górę. Po około 500 m
docieramy do miejsca, gdzie leżą porozrzucane metalowe wózki najbardziej
przypominające taczki. Są jednak większe i mają dwa metalowe piętra. Łapię
pierwszą lepsza z brzegu. Okazuje się strasznie ciężka, koło zaś skrzypi i
przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę. Teraz nadchodzi najgorszy etap.
Znowu trzeba wspinać się w górę w niewygodnych butach, pchając cholernie
ciężkie, skrzypiace ustrojstwo. Tu również liczy się czas. Gdy zdyszana
docieram do mniej więcej równego terenu pokrytego olbrzymią ilością tuneli,
podążając za tłumem, biegną po skrzynki i paletki. Zabieram cztery, po czym
rozkładam na nich po 10 paletek. Jako, iż był to nasz pierwszy dzień,
musieliśmy czekać na lidera. W tym czasie starzy wyjadacze szybko namierzyli
najlepsze rządki i zajęli pozycję. Nasz lider nazywa się Marta G. i jest
wyjątkowo sumienną osobą (słynie z rozdawania lekką ręką łormingów, o czym
poinformował mnie rozbawiony Olivier). Czekamy. Równo o 7 rozlega się głośny
krzyk start, Ludzie rzucają się do pracy. Zaczynam zbierać, chociaż nie mam
pojęcia, jak. Po ok. 10 metrach
przyszedł do mnie Rumun, absolutnie nie wyglądający na Rumuna i zaczął mi po angielsku
tłumaczyć co i jak. Wszędzie wokół rozlegają się okrzyki ‘legro’ ‘fortres’. Nie
mam pojęcia, co to znaczy, a przyciśnięta do folii nie bardzo mam kogo spytać.
Po 2h i 15 min nadchodzi pierwsza, 15min przerwa. Szybko dopadam Daniela i
pytam, co znaczą te okrzyki. Idziemy w
dół do zadaszonego miejsca, gdzie rzuciliśmy torby (nie można nic ze sobą wziąć
na pole. Ani jedzenia, ani picia, nawet zegarka, czy chociażby kolczyków. Nie
można również mieć własnych plastrów, czy rękawiczek. Można co najwyżej pójść
do czek pojntu i poprosić o niebieski plaster). Wcinam zasmucona ilością rzeczy
do opanowania swoja bułkę, która po dwóch dniach jest tak samo miękka, jak
zaraz po kupieniu. Po powrocie czeka mnie niemiła niespodzianka- jedna z moich
skrzynek uzyskała status redżektet i musiałam udać się do czek pojntu i ją
poprawić. Na szczęście, z tych mizernych 8, tylko pierwsza została odrzucona.
Wracam do rządka i widzę, czy też raczej słyszę, iż jestem daleko w tyle za
innymi. Martwi mnie to, ale nic nie mogę na to poradzić. Dopiero, gdy nadeszła zmiana
stron moja sytuacja nieco się polepszyła. Cały czas rozlegają się śmiechy,
gwizdy i pokrzykiwania Rumunów. W naszej grupie (czy też raczej gangu, jak tu
się zwykło mawiać) jesteśmy jedynymi Polakami. Uściślając, liczymy jakieś 60
osób. Starzy wyżeracze wzięli nas na celownik i w związku z tym po kolejnej
przerwie po równych 2h 15 min dołączają do nas, gdyż w związku z tym, iż
poruszamy się niezbyt szybko, jesteśmy łatwym
celem do wejścia i „pomocy” w dozbieraniu poszczególnej strony. Do domu
wróciłam 16.40 i byłam wykończona. Nogi bolały od bezustannego biegania, a
plecy oraz mięśnie, które związane są z rozciąganiem, również. Należy bowiem
wspomnieć, iż krzaki malin osiągają 2m wysokości a przy moim wzroście karła
muszę wspinać się i połową ciała wchodzić w krzak. W dłoniach tkwi masa kolców.
Wiem jednak, iż tkwią zbyt głęboko, by nawet próbować je wyciągać. Ignoruję je
więc. Mam też nieco poharatane dłonie, ale zbytnie mi to nie przeszkadza. Jutro
znowu startujemy o 6.30. Niestety, mamy zostać na polu dłużej, co mnie martwi,
bowiem nie mam już co jeść, a do najbliższego sklepu są 4 km. Po nierównym
terenie oczywiście. Tych wzgórz i wzniesień nie ma co porównywać nawet z
polskimi. Potrafią drogi piąć się niemal pionowo w górę. A patrząc po tym, jak
wykończona jestem po dzisiejszym dniu, ciężkimi nawet sobie wyobrazić, że
miałabym pokonać tę drogę. Prędzej będę głodować. Minął dopiero pierwszy dzień
pracy, a ja już modlę się o dej off.
Mała uwaga- wszelkie nazwy zapisuje po polsku, tak jak one
faktycznie brzmią. Z angielskim nie ma to wiele wspólnego i tak jak zauważył
Daniel, dobra znajomość angielskiego jest wręcz niemile widziana. Jutro czeka
mnie kolejny dzień walki. Strasznie obawiam się, iż nie będę wyrabiać normy,
dlatego muszę się spiąć w sobie i jakoś sobie z tym poradzić.
Przyjeżdżając tu najbardziej obawiałam się warunków
mieszkaniowych a za pewnik wzięłam, że z pracą sobie poradzę. Teraz mogę
zrewidować swoje poglądy i stwierdzić, jak odwrotnie przedstawia się moja
sytuacja. Kończę na dziś, jest 22 a rano należy wstać. Dzisiaj nie udało mi się
podłączyć do netu, więc notkę wstawię jutro z datą dzisiejsza. O ile,
oczywiście, tym razem połączę się z siecią. Dzisiejszy dzień mogę podsumować
krótko- było ciężko, a jutro będzie jeszcze ciężej. Jedno szczęście, że
przynajmniej deszczu nam angielska pogoda nie zafundowała.
PS. Zbierałam też żółte maliny. Wybryk natury, jeśli mnie
pytać o zdanie. Ach i dowiedziałam się, że mój współlokator robie doktorat z
biofizyki dotyczący maszyn używanych w medycynie przy zabiegach. Jest to o tyle
ciekawe, że patrząc na niego, człowiek nigdy w życiu by się czegoś takiego nie
domyślił. A tu proszę, artykuł w czasopiśmie międzynarodowym, praktyki w
niemieckim ośrodku badawczym… Tym bardziej zasmucił mnie fakt, iż ktoś o takim
poziomie wiedzy, nie posiadający dobrze usytuowanych rodziców, zmuszony jest
zamiast rozwijać się intelektualnie i naukowo, pracować na farmie malin. A masa
osób w podobnym do niego wieku, którzy ponad wszystko gloryfikują własne
przyjemności, może całe wakacje bujać się po europie, ewentualnie „nudzić się”
w domu z przyjaciółmi. Cóż, taka już niestety kolej rzeczy na świecie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz