poniedziałek, 25 czerwca 2012

Latyfundia, dzień 3

Dzisiejszy dzień był ciężki.  Powoli zaczynam się coraz lepiej zapoznawać z strukturą pracy oraz ludźmi, z jakimi przyjdzie mi się zmagać. Okazuje się, że nie dołączy do nas brat Daniela i Piotra. Będę więc wraz z nim dzielić livingroom. Obecnie najbardziej przeraża mnie fakt, iż nie wyrobię się w normie. A jeśli ktoś nie wyrabia się z normą 2 skrzynek na godzinę, zbiera nieodpowiednie owoce, źle je sortuje, wrzuca za mało albo za dużo, zbiera niedokładnie itd., itp. Dostaje ostrzeżenie. Po 3 zostaje się zwolnionym. Dziś był mój pierwszy dzień. I nie wyrobiłam normy. Zabrakły mi 3 skrzynki, czyli bardzo dużo. Pierwszy dzień, gdy człowiek się wdraża, jest łagodniej oceniany. Jutro kończy się taryfa ulgowa. A jest bardzo wiele rzeczy, o które należy dbać. Każdy rządek, każda skrzynka jest dokładnie sprawdzana. Jeśli znajdują się na niej owoce nieposortowane na ciemno różowe i jasnoróżowe, mają sok na wierzchu (pojawia się on przy zrywaniu, czy też zerwie się niekompletna, bo zabraknie jeden bąbelek) , zostaje się wezwanym do tzw. czek Pojntu, gdzie Ranerzy zanoszą fortres (czyli skrzynki), dostaje się redżekta i należy „poprawić” fortres. W każdej skrzynce mieści się 10 paletek, do których należy włożyć dokładnie 180 gram. Ponadto, trzeba uważać, aby nie miały zbyt dużych bąbelków, nie były zbyt ciemne, zbyt twarde, zbyt miękkie. Nie wspominając już o magicznym systemie, w jaki zbiera się maliny.  Dziś zaczęłam od najgorszego miejsca- legro. Folia o rozpiętości koło czterech metrów nad krzakami tworzy tunele. W każdym tunelu są 3 rządki. Zbiera w nim 6 osób. Należy przy tym pamiętać, iż przy przejściu dla Ranerów, które dzieli rządek na trzy części, należy zmienić stronę i np. z legro (to najgorszy, tuż przy ścianie folii rząd, gdzie maliny wzbijają się wysoko i bardzo ciężko jest je dosięgnąć, nie wspominając o uczuciu klaustrofobii, jakie człowieka ogarnia w małym, ciasnym przejściu. Zacznijmy jednak od początku. O 6.30 mieliśmy znaleźć się na miejscu, które najbardziej przypomina mi wysypisko  samochodowe. Tam podjeżdża stary, zdezelowany autobus, który najlepsze swoje lata odsłużył już w liniach podmiejskich. Rozpoczyna się wyścig. Pierwsi szczęśliwcy zajmą miejsca siedzące. Kierowca Rumun bawiąc się świetnie klaksonem zamykaniem oraz otwieraniem drzwi, w końcu wpuszcza wszystkich. Ruszamy. Jedziemy około 15 minut krętymi, wijącymi się raz w górę, raz w dół, angielskimi uliczkami pomiędzy ślicznymi ceglanymi domkami. W końcu docieramy na mniej zamieszkane tereny. U podnóża wzgórza autobus się zatrzymuje. Po raz kolejny rozpoczyna się wyścig z czasem. W kaloszach po kolana,z torbą zsuwającą się z ramienia, mozolnie pniemy się czym prędzej w górę. Po około 500 m docieramy do miejsca, gdzie leżą porozrzucane metalowe wózki najbardziej przypominające taczki. Są jednak większe i mają dwa metalowe piętra. Łapię pierwszą lepsza z brzegu. Okazuje się strasznie ciężka, koło zaś skrzypi i przechyla się raz w jedną, raz w drugą stronę. Teraz nadchodzi najgorszy etap. Znowu trzeba wspinać się w górę w niewygodnych butach, pchając cholernie ciężkie, skrzypiace ustrojstwo. Tu również liczy się czas. Gdy zdyszana docieram do mniej więcej równego terenu pokrytego olbrzymią ilością tuneli, podążając za tłumem, biegną po skrzynki i paletki. Zabieram cztery, po czym rozkładam na nich po 10 paletek. Jako, iż był to nasz pierwszy dzień, musieliśmy czekać na lidera. W tym czasie starzy wyjadacze szybko namierzyli najlepsze rządki i zajęli pozycję. Nasz lider nazywa się Marta G. i jest wyjątkowo sumienną osobą (słynie z rozdawania lekką ręką łormingów, o czym poinformował mnie rozbawiony Olivier). Czekamy. Równo o 7 rozlega się głośny krzyk start, Ludzie rzucają się do pracy. Zaczynam zbierać, chociaż nie mam pojęcia, jak.  Po ok. 10 metrach przyszedł do mnie Rumun, absolutnie nie wyglądający na Rumuna i zaczął mi po angielsku tłumaczyć co i jak. Wszędzie wokół rozlegają się okrzyki ‘legro’ ‘fortres’. Nie mam pojęcia, co to znaczy, a przyciśnięta do folii nie bardzo mam kogo spytać. Po 2h i 15 min nadchodzi pierwsza, 15min przerwa. Szybko dopadam Daniela i pytam, co znaczą te okrzyki. Idziemy  w dół do zadaszonego miejsca, gdzie rzuciliśmy torby (nie można nic ze sobą wziąć na pole. Ani jedzenia, ani picia, nawet zegarka, czy chociażby kolczyków. Nie można również mieć własnych plastrów, czy rękawiczek. Można co najwyżej pójść do czek pojntu i poprosić o niebieski plaster). Wcinam zasmucona ilością rzeczy do opanowania swoja bułkę, która po dwóch dniach jest tak samo miękka, jak zaraz po kupieniu. Po powrocie czeka mnie niemiła niespodzianka- jedna z moich skrzynek uzyskała status redżektet i musiałam udać się do czek pojntu i ją poprawić. Na szczęście, z tych mizernych 8, tylko pierwsza została odrzucona. Wracam do rządka i widzę, czy też raczej słyszę, iż jestem daleko w tyle za innymi. Martwi mnie to, ale nic nie mogę na to poradzić. Dopiero, gdy nadeszła zmiana stron moja sytuacja nieco się polepszyła. Cały czas rozlegają się śmiechy, gwizdy i pokrzykiwania Rumunów. W naszej grupie (czy też raczej gangu, jak tu się zwykło mawiać) jesteśmy jedynymi Polakami. Uściślając, liczymy jakieś 60 osób. Starzy wyżeracze wzięli nas na celownik i w związku z tym po kolejnej przerwie po równych 2h 15 min dołączają do nas, gdyż w związku z tym, iż poruszamy się niezbyt szybko, jesteśmy łatwym  celem do wejścia i „pomocy” w dozbieraniu poszczególnej strony. Do domu wróciłam 16.40 i byłam wykończona. Nogi bolały od bezustannego biegania, a plecy oraz mięśnie, które związane są z rozciąganiem, również. Należy bowiem wspomnieć, iż krzaki malin osiągają 2m wysokości a przy moim wzroście karła muszę wspinać się i połową ciała wchodzić w krzak. W dłoniach tkwi masa kolców. Wiem jednak, iż tkwią zbyt głęboko, by nawet próbować je wyciągać. Ignoruję je więc. Mam też nieco poharatane dłonie, ale zbytnie mi to nie przeszkadza. Jutro znowu startujemy o 6.30. Niestety, mamy zostać na polu dłużej, co mnie martwi, bowiem nie mam już co jeść, a do najbliższego sklepu są 4 km. Po nierównym terenie oczywiście. Tych wzgórz i wzniesień nie ma co porównywać nawet z polskimi. Potrafią drogi piąć się niemal pionowo w górę. A patrząc po tym, jak wykończona jestem po dzisiejszym dniu, ciężkimi nawet sobie wyobrazić, że miałabym pokonać tę drogę. Prędzej będę głodować. Minął dopiero pierwszy dzień pracy, a ja już modlę się o dej off.
Mała uwaga- wszelkie nazwy zapisuje po polsku, tak jak one faktycznie brzmią. Z angielskim nie ma to wiele wspólnego i tak jak zauważył Daniel, dobra znajomość angielskiego jest wręcz niemile widziana. Jutro czeka mnie kolejny dzień walki. Strasznie obawiam się, iż nie będę wyrabiać normy, dlatego muszę się spiąć w sobie i jakoś sobie z tym poradzić.
Przyjeżdżając tu najbardziej obawiałam się warunków mieszkaniowych a za pewnik wzięłam, że z pracą sobie poradzę. Teraz mogę zrewidować swoje poglądy i stwierdzić, jak odwrotnie przedstawia się moja sytuacja. Kończę na dziś, jest 22 a rano należy wstać. Dzisiaj nie udało mi się podłączyć do netu, więc notkę wstawię jutro z datą dzisiejsza. O ile, oczywiście, tym razem połączę się z siecią. Dzisiejszy dzień mogę podsumować krótko- było ciężko, a jutro będzie jeszcze ciężej. Jedno szczęście, że przynajmniej deszczu nam angielska pogoda nie zafundowała.
PS. Zbierałam też żółte maliny. Wybryk natury, jeśli mnie pytać o zdanie. Ach i dowiedziałam się, że mój współlokator robie doktorat z biofizyki dotyczący maszyn używanych w medycynie przy zabiegach. Jest to o tyle ciekawe, że patrząc na niego, człowiek nigdy w życiu by się czegoś takiego nie domyślił. A tu proszę, artykuł w czasopiśmie międzynarodowym, praktyki w niemieckim ośrodku badawczym… Tym bardziej zasmucił mnie fakt, iż ktoś o takim poziomie wiedzy, nie posiadający dobrze usytuowanych rodziców, zmuszony jest zamiast rozwijać się intelektualnie i naukowo, pracować na farmie malin. A masa osób w podobnym do niego wieku, którzy ponad wszystko gloryfikują własne przyjemności, może całe wakacje bujać się po europie, ewentualnie „nudzić się” w domu z przyjaciółmi. Cóż, taka już niestety kolej rzeczy na świecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz