sobota, 23 czerwca 2012

Latyfundia

Skoro już w końcu stworzyłam bloga, posłuży mi do zapisania i w zasadzie poinformowania najbliższych, cóż tam u mnie się dzieje po przybyciu do Ingland.

Latyfundia, dzień pierwszy.
Anglia to dziwny kraj. Począwszy od wielkich banknotów i monet, poprzez dziwne gniazdka, skończywszy na zimnej, nieprzychylnej pogodzie. Szczerze powiedziawszy, w ostatnim tygodniu poprzedzający przyjazd na latyfundia, odczuwałam głęboką niechęć. Z dala od miejsc, które znam. Ludzi ważnych dla mnie. Gdyby nie faktyczne możliwości zarobkowe nie sądzę, aby cokolwiek  mogło mnie skłonić do samotnego wyjazdu. Gdyby towarzyszyła chociaż jedna bliższa mi osoba… wówczas wrzucenie w zupełnie nową sytuację, nowe tło społeczne nie byłoby tak głęboko odczuwalne. O dziwo, po przyjeździe, gdy dowiedziałam się, że w zasadzie nie wiadomo, gdzie będę mieszkać, ponieważ odpowiedzialna za to osoba gdzieś zniknęła, jakby moje wewnętrzne obawy uspokoiły się.  Teraz siedzę na kanapie w jakimś domku, którego lokalizację ledwie kojarzę, z spakowanymi rzeczami, dostając „tymczasową” najgorszą kanapę, nie czuję się jakoś szczególnie źle. Dam radę. Muszę dać. Postaram się jak najszybciej opanować panujące tu zwyczaje, wtopić się w tło, wyrobić jakiś wizerunek… Teraz żałuję, że nie wzięłam maści na stłuczenia i stany zapalne Taunum. Miała przyjemne działanie rozgrzewające, a tu faktycznie jest zimno. Klimat Anglii to kolejna rzecz, do której należałoby przywyknąć.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz