Skoro już w końcu stworzyłam bloga, posłuży mi do zapisania i w zasadzie poinformowania najbliższych, cóż tam u mnie się dzieje po przybyciu do Ingland.
Latyfundia, dzień pierwszy.
Anglia to dziwny kraj. Począwszy od wielkich banknotów i
monet, poprzez dziwne gniazdka, skończywszy na zimnej, nieprzychylnej pogodzie.
Szczerze powiedziawszy, w ostatnim tygodniu poprzedzający przyjazd na
latyfundia, odczuwałam głęboką niechęć. Z dala od miejsc, które znam. Ludzi
ważnych dla mnie. Gdyby nie faktyczne możliwości zarobkowe nie sądzę, aby
cokolwiek mogło mnie skłonić do
samotnego wyjazdu. Gdyby towarzyszyła chociaż jedna bliższa mi osoba… wówczas
wrzucenie w zupełnie nową sytuację, nowe tło społeczne nie byłoby tak głęboko
odczuwalne. O dziwo, po przyjeździe, gdy dowiedziałam się, że w zasadzie nie
wiadomo, gdzie będę mieszkać, ponieważ odpowiedzialna za to osoba gdzieś
zniknęła, jakby moje wewnętrzne obawy uspokoiły się. Teraz siedzę na kanapie w jakimś domku,
którego lokalizację ledwie kojarzę, z spakowanymi rzeczami, dostając
„tymczasową” najgorszą kanapę, nie czuję się jakoś szczególnie źle. Dam radę.
Muszę dać. Postaram się jak najszybciej opanować panujące tu zwyczaje, wtopić
się w tło, wyrobić jakiś wizerunek… Teraz żałuję, że nie wzięłam maści na
stłuczenia i stany zapalne Taunum. Miała przyjemne działanie rozgrzewające, a
tu faktycznie jest zimno. Klimat Anglii to kolejna rzecz, do której należałoby
przywyknąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz