wtorek, 29 stycznia 2013

O czym się milczy?

Jako, że odnalazłam nowe hobby (polegające na zbieraniu różnych informacji o stanie gospodarki krajowej, czy też bezrobocia), postanowiłam raz na jakiś czas zapisywać je w postaci notek.

     Obecnie przeżywamy prawdziwą nawałnicę haseł  typu "kierunki humanistyczne to fabryka bezrobotnych", "informatyka da Ci przyszłość i duże pieniądze" , "absolwenci studiów wyższych to durnie i obiboki" z jednej strony, a "bez studiów jesteś nikim" , "musisz mieć mgr przed nazwiskiem, bez tego nigdzie na zajdziesz" z drugiej. Skołowana młodzież, która po ukończeniu licem/ technikum staje przed wyborem, czy zacząć pracować, czy może się kształcić, częstokroć obawiając się gwałtownego wejścia w dorosłość oraz odpowiedzialność finansową za samego siebie, wybiera studia. Wbrew lansowanym powszechnie hasłom, ludzie nie są równi. Tak jak i (pomimo olbrzymiej nagonki) nie każdy może być informatykiem, matematykiem, czy po prostu dochrapać się tytułu inżyniera.
Niby takie banalne, oczywiste, a jakoś nikt z środowiska politycznego, czy medialnego, pojęć tego nie może. A bynsjmniej publicznie się na ten tematy nie wypowiada.
Cóż wieć mamy?
W roku 2012 wg. danych GUSu co 8 osoba bezrobotna, ma wyższe wykształcenie. W stolicy co czwarta. I nie wierzę, naprawdę nie wierzę, że każda z tych osób skończyła studia humanistyczne. Przywołajmy więc garść innych danych. Jakie kierunki w zeszłym roku były najczęściej wybierane? Z 32 tys. studentów miejsce pierwsze zajmuje.. pam pam pam.... informatyka! Na drugim z 28 tys. jest zarządzanie (zarządzać chce każdy, a robić nie ma komu, jak głosi jedno z powiedzonek). A tymczasem studia na kierunku filologia klasyczna w owym roku w Toruniu podjęło 5 sztuk młodzieży, filozofię 18 ( z czego 65% to dwukierunkowcy), o innych studiach z zakresu szeroko pojętej 'humanistyki' żal się po prostu wypowiadać. Gdzie więc pognała cała ta "przyszłość Polski"? Ano tłumnie zgromadziła się na kierunkach takich jak prawo, administracja, zarządzanie, ekonomie, finanse i rachunkowość, stosunki międzynarodowe itd. itp. Pomyślmy więc, cóż stanie się z tymi wszystkimi studentami, którzy naiwnie wierzą, że jeśli skończą prawo / ekonomie / informatykę, to absolutnie znajdą pracę (wszak nie są to kierunki humanistyczne, czyż nie?). Rynek pracy rok rocznie zalewa rzesza kilkudziesięciu tysięcy osób z takim wykształceniem, ale o tym, ile z nich faktycznie znajduje zatrudnienie, prasa milczy. Sondaże milczą. Wystarczy jednak wybrać się na rozdanie dyplomów mgr. w grudniu i zapytać swoich znajomych, kolegów z roku, ilu z nich znalazło pracę? A ilu dzięki znajomościom? Obraz rysujący się po otrzymaniu na powyższe pytania, jest co najmniej smuteczkowy.
Wróćmy jednak na chwilę do statystyk.
Ile osób w zeszłym roku straciło pracę? 360 tys. ludzi zostało zwolnionych. Ile w przeciągu samego grudnia 2012 r.? 76 tys. (wszelkie dane, którymi się posługuję, są ogólnodostępne i pochodzą z GUSu, ZUSu oraz magicznych instytucji zajmujących się zbieraniem informacji o liczbie osób pozbawionych pracy).W tym roku szacuje się, że będzie ich o 40 tys. więcej. Przy czym autorami takich szacunków są niezależni ekonomiści, nasz rząd bowiem twierdził, że w 2012 r. pracę straci nie więcej, niż 120 tys. osób, podobnie ma być w tym roku. 80% splajtujących firm, to firmy budowlane, które pociągają za sobą metalurgię, meblarstwo, logistykę i wiele innych, powiązanych branży.  O tym jednak też się nie mówi. Miast tego, roztrząsamy wciąż od nowa aferę "małej Madzi", obecnie zaś legalizację związków partnerskich. Gdy sytuacja gospodarcza jest wyjątkowo zła, czy też politycy przegłosowują kolejne, szkodliwe ustawy, na forum publiczne wypływają afery wzbudzające szereg skrajnych emocji. A rzesza głupich ludzi, których nie stać na samodzielne myślenie, podąża jak baranki na rzeź.
Kolejna garść informacji. Jak myślisz, ile nasz rząd Polski zarabia na grabieżczym tzw. podatku Belki od naszych oszczędności? 2,4 mld złotych. W ostatnich trzech latach właśnie tyle wynosiła kwota rocznego zysku z tego przepisu. Na czym polega cała zabawa? Jest wręcz banalnie prosta. Wyobraźmy sobie - mamy mieszkanie na kredyt, dwójkę dzieci oraz współmałżonka, widzimy, jaka jest sytuacja w kraju, i że na starość nie ma co liczyć na emeryturę, gdyż ZUS już w tym momencie jest niewypłacalny. Postanawiamy więc odkładać pieniążki w banku na lokacie. Nasze ciężko zarobione pieniądze, które chcemy, aby w skali roku rosły sobie spokojnie o te kilka procent. Takich jak my jest więcej - łączna kwota pieniędzy umieszczonych TYLKO na lokatach przez Polaków, wyniosła w 2012 roku oprawie pół BILIARDA złotych. Taka suma, pomyśleli politycy, zacierając swe lepkie łapki. Opodatkujmy ten zysk!  Tak też się stało. Banki, które same ulokowały w ten sposób masę pieniędzy, były jednak czujne. Korzystając z kruczku prawnego, iż groszowe zyski były zaokrąglane do złotówki (innymi słowy, jeśli nasz zysk wynosił 50 gr., nie płaciliśmy żadnego podatku), wprowadziły więc kapitalizację odsetek... dzienną. Nie wszystkie, oczywiście, ale te sprytniejsze. Mściwe oczy rządzących wypatrzyły jednak ten sprytny zabieg i w lutym zeszłego roku uchwaliły poprawkę, iż podatek płaci się też od sum groszowych. Ile więc wynosi ów podatek od naszych ciężko zarobionych pieniędzy? 19%. Przed kilkoma laty można było spokojnie wpłacać pieniądze na lokaty całkiem przyjemnie oprocentowane. Jednak po machinacjach rządu, obecnie najwyższy procent, jaki możemy uzyskać, wynosi 6%, z czego 19% zysku oddajemy państwo. Rozbój, chciałoby się rzec, w biały dzień. O tym jednak się milczy. O czym jeszcze się nie mówi, a co bezpośrednio wpływa na nasze życie? O tym napiszę w następnej notce, która będzie dotyczyła planów nowego ministra pracy dot. walki z bezrobociem, ulg podatkowych oraz tzw. polityki prorodzinnej.  

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Życie w dziczy

Z cyklu: Życie w dziczy. Zwierzęta.
Dziennik 28.01.2013r.
Nadeszła sądna godzina. Pragnąc obcować z naturą, oglądałam sobie spokojnie na zmianę żubry, pingwiny oraz bieliki online. To musiało sprowokować dzikie zwierzęta, bowiem zza ściany dochodzi złowrogi chichot hieny (wiem, jak hiena chichocze - byłam wszak niedawno na "Życiu Pi" w kinach). Przypuszczam, że poluje na jakiś rodzaj małpiatek (na to wskazują inne zwierzęce odgłosy dobiegające zza ściany). Całości towarzyszą podejrzane trzaski, dudnienia oraz inne odgłosy. Na wszelki wypadek zakluczyłam odrzwia do swego legowiska, ale kto wie, czy powstrzymają hieny? Dzisiejszy wpis będzie krótki - jeśli jutro nie będzie ze mną kontaktu, owa notka jest świadectwem, iż nie poddałam się natarciu hien bez walki.
ps. za ścianą zapadła złowroga cisza. A więc wydostały się polować na korytarz.

niedziela, 27 stycznia 2013

Życie w dziczy

Z cyklu: Życie w dziczy. Zagadka mechanicznej krowy.
Dziennik 27.01.2013r. Od czasu mojego zamieszkania w tej niebezpiecznej krainie, zdarzyło się wiele. Zdążyłam trochę poznać zwyczaje miejscowej ludności, co stępiło moją czujność i nie przygotowało na wydarzenia dzisiejszego dnia.
Z pozoru dzień ten rozpoczął się jak wiele innych - po opuszczeniu swego legowiska w bezpiecznym, zamykanym na klucz pokoju, moją uwagę przykuły plamy w kolorze burgundu. Starając się nie wdepnąć w przedziwną ciecz, ruszyłam w stronę łazienki. Przy samych drzwiach ślady stały się intensywniejsze - wówczas spostrzegłam, iż zawierają nie tylko ciecz, ale też nieregularnego kształtu kawałki. Przypuszczenia, jakie wówczas zrodziły się w mym umyśle, potwierdziła zawartość zlewu. Miałam do czynienia z wyjątkowo obfitymi wymiocinami. Pełna podziwu dla wyboru zlewu (był to jedyny, który nie działał, a co za tym idzie, nie można było spłukać zawartości owego zlewu), ruszyłam w kierunku toalet, gdzie deskę klozetową zdobiły rozliczne, burgundowe plamy. Cofnęłam się więc w stronę pryszniców i z ulgą stwierdziłam, iż nie ucierpiały w tym natarciu,co pozwoliło mi na spokojne przygotowanie się do pracy. Do tej chwil wszystko wydawało się przebiegać swym zwykłym torem. Jakież więc było moje zdziwienie, gdy wracając, po godzinie 23,zastałam korytarz zasypany jedzeniem. Zasypany nie jest bynajmniej przypadkowym określeniem. Wglądało to bowiem tak, jakby z sufitu na ziemie pospadały kawałki sałaty, groszku, ziemniaków, jajek i wielu, wielu innych rzeczy, których w szoku nie rozpoznałam. Starając się wdeptywać w jak najmniejszą ilość spostrzegłam, że deszcz jedzenia nawałnicą musiał opaść w kuchni. Wstrząśnięta postanowiłam poinformować o swoim odkryciu współlokatorkę. Ta jednak, miast wyjaśnić mi, skąd wziął się deszcz jedzenia poinformowała o wydarzeniu, mającym miejsce, zanim przybyłam do swego legowiska. Otóż godzin parę wcześniej kuchnię z nieprzepartą energią przemierzała mechaniczna krowa. Ale nie byle jaka - wielkości owczarka niemieckiego. Krowa, a potem ulewa jedzenia? To nie mógł być przypadek! Ludność tubylcza maczała w tym swoje niecne palce. Po przeanalizowaniu raz jeszcze wszystkich faktów, wniosek musiał nasunąć się tylko jeden - jedno z plemion wezwało inny obiekt kultu - tym razem była nim sporych rozmiarów, mechaniczna krowa. Oddając się magicznym obrzędom polegającym na dzikim pląsie po kuchni, sprowadziła deszcz jedzenia na nasze piętro. Teraz tubylcy będą mogli zebrać darmowe jedzenie i nadejdą dla nich tłuste dni. Zapewne burgundowe ślady musiały oznaczać dla nich nadejście jakiejś klęski żywiołowej i postanowili się przed nią uchronić.Czym prędzej więc udałam się do kuchni, by odnaleźć symbol kultu. Niestety, mechaniczna krowa zniknęła. Jaki był jej los, po sprowadzeniu jedzenia? Co się z nią stało po zakończeniu rytuału? Na te pytania mam niestety wrażenie, nie będzie mi dane odnaleźć odpowiedzi...

czwartek, 20 grudnia 2012

Życie w dziczy

Z cyklu: Życie w dziczy. Muzyka.
Dziennik 20.12.2012r. Ostatnie obserwacje, łącznie z dzisiejszą pozwoliły mi na wysnucie wniosku, iż ludność tubylcza lubi dźwięki blisko związane z naturą, które często można usłyszeć na wsiach czy w lesie. Na szczególną uwagę zasługuje utwór brzmiący jak cover wiertarki udarowej. Twórcy udał się on przednie, gdyż normalny odgłos wiertarki brzmi przy tym niczym trele słowicze. Ludność tubylcza lubi jednak zróżnicowane utwory, w związku z czym zmuszona byłam wysłuchać remixu łudząco podobnego do pracującej piły mechanicznej, ale wzbogaconej o rytmiczne 'pierdolnięcie'. Muszę przyznać, iż nastrój muzyki udzielił się również mojej skromnej osobie - miałam nieodpartą chęć wyskoczyć przez okno. W tym momencie zrozumiałam, że najlepiej będzie odbyć krótki spacer, ku uciesze skołatanego słuchu. Odkryłam wówczas źródło muzyki tubylczej - mieściło się dokładnie dwa piętra niżej. Morał z dzisiejszych obserwacji wysnułam prosty - czy to oryginał,czy cover - dźwięk wiertarki udarowej pięknie niesie się poprzez ściany.

wtorek, 18 grudnia 2012

Życie w dziczy

Z cyklu: Życie w dziczy. Rytuały.
Dziennik 18.12.2012r. - Ludność tubylcza parę dni temu przytachała skradzioną sosnę i przytwierdziwszy ją do podłoża, poobwieszczała dziwnymi rzeczami (przypuszczam, iż są to symbole kultu,jakiemu hołdują). Od tamtej pory noc w noc oddają jej cześć, siadają dookoła niej, popijając różne trunki, śpiewając, tańcząc i w przypływie emocji, głośno gaworząc. Jednakowoż, dzisiejsza obserwacja zaburza dotychczasowe wnioski - sądziłam bowiem, że oddawanie czci Sośnie rozpoczyna się wraz z nastaniem ciszy nocnej. Otóż nie, okazuje się, że ludność tubylcza gromadzi się wokół sosny, kiedy tylko może. Kult Sosny martwi mnie, bowiem żywione przeze mnie skromne marzenie, aby się wyspać, po raz kolejny zostało zniweczone. Pozostaje jedynie nadzieja, że okres związany z czczeniem Sosny przeminie.

czwartek, 29 listopada 2012

Zjawisko zwane ciekawską ciotką (sąsiadką)

    Zdarza się często, że nasz przyjazd do domu styka się z najazdem ciekawskich ciotek. Ciekawska ciotka (bądź sąsiadka), znająca przepis na udane życie, jest osobistością powszechnie występującą. Wiele ma imion. wiele twarzy, ale w zasadniczym zarysie.... jest taka sama. Zaczyna się niby banalnie. Co tam u nas? Co studiujemy (bo jej Miecio jest już na czwartym roku politechniki!) i czy dobrze nam idzie ? (Mieciowi, oczywiście, zawsze idzie dobrze) Czy mamy już chłopaka/dziewczynę? Jeśli tak, to kiedy planujemy się pobrać, gdzie żyć i czy wiemy już, co będziemy robić przez najbliższe dziesięć lat (Miecio, oczywiście, wie i na pewno jego wizja przyszłości się spełni). No więc odpowiadamy skromnie, że coś tam studiujemy, że już kończymy i że owszem, wiemy, iż w przeciwieństwie do Miecia, pracy po tym kierunku nie będzie. Ciekawska ciotka/sąsiadka wzdycha nad naszym przyszłym losem, jakby to jej latorośli co najmniej miało pójść tak fatalnie, jak nam. Następnie przechodzi do meritum - i z przylepionym uprzejmym uśmiechem do twarzy słuchamy, jaką to niesamowicie zdolną bestią jest Miecio. I że wszystkie panny to za nim oczami strzelają. Gratulujemy więc. I pytamy, wciąż niezmiernie uprzejmie, co takiego dokładnie Miecio na tej politechnice studiuje? Ciekawska ciotka/ sąsiadka przez chwilę marszczy czoło w głębokim zamyśleniu i odpowiada, że to coś związanego z budowlanką jest. To miło odpowiadamy, a w głowie przesuwają się wiadomości o firmach i spółkach budowlanych, które ogłosiły upadłość. A czy Miecio może ma jakieś stypendium skoro taki zdolnych chłopak z niego? Sąsiadka machnęła ręką, że nie ma, bo to strasznie ciężki kierunek i tylko po znajomości się stypendia rozdaje. Kiwamy głową ze współczuciem.I zrozumieniem. Dalej ratuje nas wejście kogoś z rodzeństwa i zmiana potencjalnego obiektu zainteresowania z nas, na nieszczęsną siostrę/ brata.

3 miesiące później dowiadujemy się od innej, serdecznej duszyczki, że ów Miecio już nie studiuje, bowiem zgubione zostały WSZYSTKIE, ale to WSZYSTKIE jego dokumenty potwierdzające zaliczenie przedmiotów z ostatnich dwóch lat. I okazuje się, że ta zdolna bestia, Miecio, wciąż tkwi na 2 roku i co gorsza, z powodu urzędniczego zamieszania, chcą go wyrzucić z prześwietnej uczelni, jaką jest politechnika. Wzdychamy i staramy się nie zawieść naszej informatorki w okrzykach zdumienia oraz oburzenia (co wcale nie jest takie proste, gdy myślimy sobie, że z tego Miecia to faktycznie niezła bestyjka, żeby tak własnych rodziców w bambuko robić).
Po odejściu serdecznej duszyczki, popijając kubek parującej herbaty, pozwalamy sobie na chwilę nostalgicznych rozważań.Może i szlag trafia nasze plany w związku z poznawaniem praw, jakimi rządzi się rynek pracy. Może i nie jesteśmy wybitnymi jednostkami, nie mamy wujka - prezesa, który już grzeje nam ciepłą posadkę. Wreszcie, nie otwiera się przed nami perspektywa przyszłego rodzicielstwa oraz rychłego małżeństwa (nie jesteśmy wszak tak pociągający, jak znany nam z opowieści, przesławny Miecio). Ale jednak... mamy głowę na karku, dwie zdolne do pracy ręce oraz chęć, by tę prace znaleźć (nie ważne czy tu, w Polszy, czy gdzieś hen, za granicą). I dochodzimy po chwili do wniosku, że wcale nie zazdrościmy Mieciowi i nie chcemy być nim. Odkładamy opróżniony kubek, a w głowie tkwi ostatnia myśl - lepiej być uczciwym, acz przeciętnym człowiekiem, niż największą nawet gwiazdeczką, której sława opiera się na mirażu własnych wyobrażeń o sobie oraz wyssanych z palca opowieści.

sobota, 4 sierpnia 2012

Back

Minęło już sporo czasu. od kiedy zamieściłam ostatniego posta. Przyczyn tej sytuacji było kilka, za najważniejszą uznać spokojnie można chroniczny brak netu. Wszelkie notki pisane w wolnych chwilach zaginęły gdzieś, hen, pochłonięte przez kompowe czeluście. Powróciłam już do domu (co raczej nikogo nie powinno dziwić, tak myślę) oraz jestem chora (co tym bardziej nie powinno wzbudzić wszelako zdziwienia). Muszę przyznać, iż tęsknię za Anglią i opuszczałam ją z żalem w sercu, gdyż zdążyłam już zapuścić tam korzenie oraz znaleźć nowych znajomych. Nawet teraz bez problemu jestem w stanie przywołać w pamięci widok pyszniących się w słońcu. zielonych hal, czy też obrośnietych różanymi krzewami wciskającymi się w szczeline pomiędzy kamieniami, kamiennych zabudowań. Nie wiem dlaczego, ale widok zabudowań wiejskich w hrabstwie kent wzbudza we mnie jakieś rozczulenie i rozmarzenie. Są po prostu przeurocze. Warunki życia w Anglii, stosunek zarobków do kosztów przeżycia. Wreszcie, specyficzna, uprzejma mentalność ludzka... to wszystko sprawiło, iż po miesiącu bytowania w tym kraju, zapragnęłam tam przy pierwszej nadarzającej się okazji powrócić.Przygody oraz sytuacje, z jakimi miałam okazję tam się zmierzyć upewniły mnie, iż nie taki diabeł straszny, jak go malują. Nawet początkowe problemy z podróża powrotną (bilet lotniczy okazał się horrendalnie drogi, autobusy też, jednak zdążyłam poznać już sporo miłych osób, które zwróciły moją uwagę na możliwość podróżowania busem przewożacym rzeczy oraz osoby za w miarę rozsądną cenę, 80 funtów) dały mi poczucie, że potrafię sobie jakoś poradzić.

Teraz już od prawie dwóch tygodni siedzą w Polsce i mogą cieszyć się powikłaniami zaserwowanymi mi przez wdzięczne migdały, które napuchły, przyoblekły się w białe, ropne stroje (a konkretnie mówię tu o takich białych, ropnych guzkach) i w najlepsze pompują bakterię do wnętrza mojego organizmu. Tak więc z zmiennym szczęściem borykam się z bolącymi rękoma, nudnościami, zawrotami głowy, uczuciem słabości, bólem głowy, ucha, lewej strony szczęki i paroma inszymi, równie radosnymi schorzeniami. Z jednej strony miło jest, iż miast harować w domu, mogę spędzać większą część doby w mrocznym pokoju z barkiem dostępu do świeżego powietrza, czy też dziennego światła, jednakowoż wbrew opinii co niektórych osób, nie jestem tak do końca pozbawiona sumienia i przykro mi, iż muszę patrzeć, jak moje siostry wylewają siódme poty, wymęczone, niedospane, bez szansy na chociażby jeden dzień wolny. Moja pomoc znacznie by je odciążyła. na początku nawet wstawałam dwie godziny wcześniej, aby posprzątać jadalnię  oraz pomagałam przy śniadaniu, jednak dosyć szybko i to zadanie okazało się być ponad moje siły. Najgorsze jednakowoż jest to, iż oprócz pracy przy przygotowaniu posiłków oraz ogólnej przy sprzątaniu po gościach, jest to sezon przetworów. Coś, czego osobiście nienawidzę. Bowiem zabiera to kilka normalnie wolnych godzin w ciągu doby, które można by przeznaczyć. W związku z tym, na pół nieprzytomne siostry około wpół do ósmej zwlekają się z łóżka, by dzień pracy zakończyć o 23. i tak przez praktycznie cały tydzień.Enyłej, mam nadzieję, że zażywany przeze mnie antybiotyk chociaż trochę pomoże i będę mogła chociaż w jakimś stopniu im pomóc. Ale o tym przekonam się dopiero we wtorek,. kiedy zjem sobie ostatnią tabletkę.
Pobyt w domu jak zwykle odbił się na moim i Edowym obliczu. jesteśmy teraz dobrze wypasłe wielorybiątka. Cóż, przyjdą studia i z początkiem października zaczniemy powracać do naszych normalnych sylwetek. A tam, w naszym prawdziwym domu, dołączy do nas trzecia winorośl klanu Starków i w ten oto sposób jak zwykle cała familija rozpocznie kształcenie w progach tej samej uczelni.Edyta już nawet poczyniła plany jak spędzimy urodziny Beaty.

Ów Blog przynajmniej w pewnym stopniu skłania ku zachowaniu pewnej sumienności w prowadzeniu notek. W związku z naciskami wywieranymi na mnie przez Eda, a wiążącymi się z mą żałosną twórczością, gdybam nad umieszczeniem tu jakichś wypocin błahej natury, w skrócie opowiadań. Jednocześnie żywię nadzieję, iż po wejściu na bloga i widoku niedokończonego tekstu, wzbudzi to we mnie jakiś niemy wyrzut, ktory skłoni mnie do pociagnięcia historii. Zaliczam się bowiem w poczet tych osobników, które pisząc z głowy, wyklepując poszczególne słowa, same jakoś tworzą historię. Nie tworzą w głowie gotowych scenariuszy i nie przelewam ich na papier. Raczej historia sama sie pisze, ja ją stopniowo odkrywam a moment, gdy wiem już, jak się zakończy sprawia, iż opuszcza mnie jakakolwiek chęć twórcza i przestaję pisać. Wiem bowiem, co zdarzy się dalej, więc nie odczuwam potrzeby mozolnego przelewania wydarzeń na ekran monitora. Słowa Eda tkwią mi jednak zadrą w głowie, może więc jednak spróbuje napisać chociaż jedno opowiadanie posiadające zakończenie? Czas pokaże.