niedziela, 18 marca 2012

Z nazwiskiem Giddensa po raz pierwszy zetknęłam się na jednym z wykładów poświęconych socjologii, gdzie został zakwalifikowany do wielkiej trójcy współczesnych socjologów. W pamięci szczególnie utkwiła mi metafora, jakiej użył. Porównał on bowiem współczesne stosunki społeczne do języka. W ten sposób stawia następującą diagnozę: socjologia w pewnym sensie utknęła, w rozerwaniu pomiędzy dychotomią, która z jednej strony konstytuuje przekonanie, że społeczeństwo składa się z wolnych, kształtujących je podmiotów, a z drugiej strony mamy przekonanie deterministyczne - to my jesteśmy uzależnieni od funkcjonowania struktur makrospołecznych, nie jesteśmy wolnymi podmiotami, które interpretują swój świat, jesteśmy tak naprawdę kukiełkami na sznurkach różnych uwarunkowań o charakterze społecznym. Problem polega na tym, iż jakkolwiek każde z tych podejść jest heurystycznie poprawne, to owe opozycyjne bieguny mają zapędy totalitarne, uzurpując sobie prawo do wyznaczania standardów podejścia naukowego w socjologii. Według niego jest to fałszywa alternatywa, socjologia wymaga teorii, pozwalającej na uniknięcie tego wyboru. Giddens proponuje swoją teorie: strukturacji albo struktury społecznej. To właśnie ona kładzie nacisk na to, iż wszelkie działania i instytucje społeczne funkcjonują podobnie do języka. Owszem, istnieją pewne stałe zasady budowania zdań i łączenia wyrazów (gramatyka, składnia), jak również każdemu słowu przypisane jest jakieś znaczenie (semantyka).

 Jednakowoż, to one umożliwiają powstanie jednego z wielu dziwów językowych- otóż ze skończonej ilości wyrazów, jak i reguł, potrafimy zbudować nieskończoną liczbę różnych zdań i wyrażeń. Wielu z naszych wypowiedzi nie słyszeliśmy wcześniej. Zdaniem Giddensa, struktura społeczna, wraz z jej rolami i przede wszystkim, rozbudowanym mechanizmem ograniczeń, działa podobnie. To właśnie owe stałe reguły pozwalają nam na komunikowanie się. Choć brzmi to paradoksalnie, w istocie pewne ograniczenia, nakazy i zakazy są warunkiem niezbędnym, by można było mówić o wolności. Dotyczy to również rytuałów, które na co dzień organizują nasze życie i pozwalają nam czynić je w miarę przewidywalnym.
Ostatnimi czasy oglądałam ciekawy film, gdzie "główna postać negatywna" wygłasza, wydawałoby się banalną uwagę, dotyczącą związanego u jego stóp dziennikarza, który odkrył, iż to on stał za serią brutalnych morderstw. Pomimo jednak tej świadomości, zapytany uprzejmie, czy nie wejdzie na kieliszek wina, skoro już znalazł się w pobliżu domostwa mordercy, z wahaniem, ale wyraził zgodę. Był to jawny dowód na to, jak głęboko zakorzenione są w nas pewne nawyki, kultura postępowania.

Giddens stworzył szczegółowy system teoretyczny z prawdziwą lawiną mniej lub bardziej trafnych pojęć. Przybliżenie całości, czy chociażby większej części, jest zadaniem awykonalnym, jeśli o treść notki bloga chodzi.  Jednakowoż, jeden element bardzo mnie cieszył, podczas zapoznawania się z teorią Giddensa- zasadniczo brak w nim pełnego zgorszenia tonu, który z niezachwianą pewnością nawoływałby do zbliżającego się upadku człowieka i jego statusu w systemie społecznym.


poniedziałek, 5 marca 2012

Obiektywność a skłonność do oceniania.

Odwiecznym marzeniem wszelkiej maści naukowców, czy tez badaczy, jest dojście do prawdy. Obiektywnej prawdy, ma się rozumieć. Nie inaczej jest w przypadku antropologów – etnografów. O ile jednak matematyk, czy też fizyk może wznieść dumnie oczy ku niebu i powiedzieć sobie: „O, Prawdo poznania! Z tym twierdzeniem jestem bliżej Ciebie!”, o tyle antropolog… już nie bardzo. Współcześnie nie trzeba już raczej nikogo przekonywać, iż przedmiot badań tzw. nauk ścisłych różni się od przedmiotu nauk społecznych (wbrew temu, co za Comte twierdzili neopozytywiści), co oprócz odmiennej metodologii oraz interpretacji wyników badań, wiąże się również z stawieniem czoła odmiennym wyzwaniom. Jednym z nich jest pewnego rodzaju paradoks- z jednej strony antropolog musi przyjąć perspektywę innego, zrozumieć  jego doświadczenia. Z drugiej jednak strony, po zakończonych badaniach terenowych, wraca w mury budynku i przychodzi moment, gdy musi napisać raport, co wiąże się z przybraniem perspektywy tekstu naukowego. Dopasowanie tych perspektyw na różnych poziomach nie jest wcale takie proste. Wpleciony jest częstokroć wymiar osobisty, związany z naszym emocjonalnym nastawieniem nie tylko do poszczególnych elementów odmiennych kulturowo, ale przede wszystkim- do ludzi. Nie od dziś bowiem wiadomo, iż przyjaciół raczej staramy się opisywać w superlatywach, natomiast osób, za którymi nie przepadamy, w mniej pozytywnych słowach. A nikt chyba nie wątpi, że podczas kilkumiesięcznych wyjazdów, często do małych, odizolowanych społeczności, antropolog uniknie zadzierzgnięcia jakiejś głębszej więzi z co najmniej jednym z jej członków. Pojawia się zatem stronniczość. 

Co zatem może uczynić antropolog, który niejako z góry skazany jest na balansowanie po cienkiej linie obiektywno-subiektywnej? Idąc śladem Rorty’ego, nie zabawa w pseudo- obiektywność, która łączy się z wybiórczym spojrzeniem „przez place” na relacje oraz zdobyte informacje, lecz świadome wyciągnięcie wszystkich konsekwencji, metodologicznych oraz etycznych. Jeżeli przyjmiemy perspektywę uczestników, to rozumiejąco wejdziemy w nowe światy. Skoro antropolog przyjeżdża z danymi, które później przekształca oraz pakuje w raport, to jednocześnie powoduje stworzenie nowego świata. Potrzebuje zatem twórczego działania, opartego na wyobraźni, która ma szansę uchwycić to, czego doświadczył antropolog. Powinno to, zdaniem Rorty'ego, służyć rozpowszechnianiu metafor w świcie, nowych sposobów myślenia, nowej solidarności. Poprzez takie niejako "sklejenie antropologii i filozofii" winien antropolog mieć na celu uwrażliwienie innych ludzi na rozmaitość myślenia i przyjmowania perspektyw badawczych. Taką perspektywę często spotkać można w przeróżnej literaturze podróżniczej, gdzie ludzie, nie mający wykształcenia antropologicznego czy filozoficznego, często w niesamowity sposób potrafią połączyć te dwa różne wymiary i snuć opowieść zawieszoną pomiędzy ich usytuowaniem kulturowym, a często zdecydowanie odmiennymi, realiami światów, z którymi przyszło im się zetknąć podczas podróży. Rezygnując z bezstronnej relacji, mają zwyczaj odwoływać się do wrażliwości czytelnika, jego wyobraźni oraz empatii.

Jedna cecha jest zasadniczo wspólna zarówno antropologom tworzącym raporty, jak i podróżnikom zapisującym swoje przeżycia zazwyczaj w postaci dzienników- skłonność do porównań wartościujących. Ocena bowiem leży głęboko w naturze ludzkiej i rzadko kiedy jesteśmy w stanie zachować ją tylko dla siebie.